Maurycy jest kotem niedużym.
Zamieszkał on niedawno w domu pani Łucji i pana Norberta Piórków.
Odkąd ich starszy syn Łukasz postanowił wyjechać do Norwegii, nie stanowiło już dla nich problemu przygarnięcie futrzanego zwierzęcia. Chłopak był na nie uczulony.
Pani Łucja poznała Maurycego oraz kilka innych kociąt, będąc w odwiedzinach u swojej przyjaciółki. Owa znajoma mieszkała na wsi, a że jej kotka właśnie została świeżo upieczoną mamą, pani Łucja pozwoliła sobie przygarnąć jednego kociaka. Owym wybrańcem był właśnie Maurycy. Został on podarowany córce państwa Piórków, Kasi.
Jego nowa pani była bardzo miła. W ogóle wszyscy otaczający go ludzie byli przyjemni i dawali mu dobre jedzenie.
W takich warunkach Maurycy szybko się zadomowił. Szybko nauczył się wskakiwać na łóżko swojej pani, wiedział już co zrobić gdy jest głodny oraz gdzie załatwiać swoje potrzeby.
Bardzo go jednak ciekawiło, co znajduje się po drugiej stronie przezroczystej ściany. Słyszał kiedyś od któregoś z braci, że jak się wejdzie na parapet, spojrzy w głąb tej ściany i zrobi się odrobinę hałasu, to ściana się otworzy i wychodzi z niej miseczka czegoś dobrego do jedzenia. Pragnienie poznania tajemniczego miejsca rosła w kocie za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślał.
Maurycy był wtedy za mały aby wdrapać się na wysoki parapet i zobaczyć owe wnętrze. Któregoś dnia, gdy pokłócił się z panią firanką i chciał ją drasnąć pazurem, okazało się, że kocie łapki zatapiają się w materiał, co umożliwia mu wspięcie się aż pod sam sufit. Droga do sufitu wiodła przez upragnioną, nieosiągalną przezroczystą ścianę. Wspinanie okazało się bardzo przyjemną czynnością. Problem zaczął się tworzyć z momentem przedostania się z firanki na parapet. Im bardziej Maurycy próbował oderwać pazurki od materiału, tym bardziej one tam siedziały. Wisiałby tam pewnie do końca życia, gdyby w którymś momencie nie przyszła Kasia. Dziewczyna objęła kotka wpół i zdjęła go ze śmiercionośnej firany.
Może wszystkie inne koty by się poddały, ale nie Maurycy. Chęć spróbowania łakoci zza przezroczystej ściany była tak wielka, że nasz futrzany kolega prawie cały wolny czas poświęcał na obmyślanie nowego planu dostania się na parapet.
Ćwiczył on głównie skakanie, bo z panią firanką nie miał zamiaru się więcej kontaktować. Szkolił także swoje pazurki, aby mógł lepiej kontrolować swoją przyczepność.
Wkrótce nadarzyła się wspaniała okazja dostania się na upragniony parapet. Państwo Piórkowie mieli gości. Plan był prosty. Trzeba było tylko dzielnie poczekać, aż któreś z domowników, podczas posiłku wstanie z krzesła, i przysunie je trochę bliżej parapetu, aby nałożyć którąś z potraw na swój talerz. Wystarczyło wtedy szybko wdrapać się na, przysunięte w stronę przezroczystej ściany krzesło. Potem, po krześle, na położony nieco wyżej parapet. Oczywiście istniało ryzyko, że zanim Maurycy zdąży się wspiąć wyżej, ktoś zdąży z powrotem usiąść przy stole, siadając przy okazji na kocie. Na szczęście, Maurycy wykazał się niezwykłą zwinnością, którą trenował od kilku godzin.
Jednak gdy osiągnął on swój upragniony cel, przezroczysta ściana nie dała mu wcale żadnych pyszności. Może nie starał się za głośno? Może owa ściana wcale go nie usłyszała?
Z resztą szybko przestało być to istotne.
Prawdziwym problemem stało się zejście z parapetu. I tu znowu sytuację uratowała Kasia, która usłyszawszy biadolenie swojego pupila, szybko zareagowała i uratowała go z opresji.
Maurycy postanowił na razie dać sobie spokój z większymi wspinaczkami. Lecz obiecał sobie, że gdy tylko trochę podrośnie, to pozna tajemnicę przezroczystej ściany i dostanie upragnione łakocie.